|
Blog > Komentarze do wpisu
Dzieci szybciej znikająSzybciej odchodzą, ale i wcześniej pojawiają się na ziemi
To dla nich Meksykanie zostawiają czaszki z cukru i kolorowe cukierki. Drugiego dnia przychodzą dorośli.
Święto Zmarłych w Meksyku wyzwala najdawniejsze, najbardziej pierwotne instynkty. Lęk przed śmiercią i tym, co ostateczne, nieskończone i wieczne, dotyka tam każdego. W inny sposób niż w Europie. Gorąca ziemia, palące słońce, bieda i ciężki los domagają się barwnej oprawy. W niewoli życia – tak określają swój byt Meksykanie, dlatego śmierć jest ich prawdziwą radością.
Szczupli, nie uwiązani przedmiotami, nieobciążeni ratami, pozbawieni ciężkich ubrań i przedmiotów, które tworzą skorupę cywilizacji Europy, Meksykanie co roku stają się obiektem szczególnej uwagi. W czasie dwudniowego święta Bogini Zmarłych zadziwiają świat pogodą ducha i szczerym śmiechem ze śmierci. W gruncie rzeczy cała ich kultura sytuuje się gdzieś na obrzeżach tradycyjnych wartości europejskich. Mimo śmiechu i radości, lęk przed śmiercią stanowi również u nich napęd całej cywilizacji. W zupełnie uprzywilejowanej pozycji znajduje się sztuka: odsłania to, co zasłonięte, wypatrasza tajemnice i sekrety podświadomości. Centralne miejsce zajmuje czaszka, światło świec i serce, wokół którego gaśnie wszelkie stworzenie. Mieszkańcy Meksyku wypracowali własny alfabet obrony przed śmiercią. Jej obrazy w literaturze, filmach i malarstwie są dynamiczne, brawurowe, młodzieńcze. Kryminały, horrory w tym państwie nie odgrywają jakiejś szczególnej roli. Można się z nich dowiedzieć, co najwyżej jak umrzeć w malowniczy, wyszukany sposób. Bo śmierć przychodzi w samą porę.
Zmarli powracają na ziemię. Najpierw przychodzą dzieci, dlatego na grobach pojawiają się słodycze. Ugłaskane, obłaskawione dusze dzieci siadają na ramionach dorosłych. Wytrawne dybuki z Meksyku potrzebują wyrafinowanych słodyczy. To dla nich co roku wypieka się coraz większą ilość malowniczych czaszek z cukru i bakalii. Dla starszych chleb. Widok kolorowej śmierci jest za dużym przeżyciem dla Europejczyków. Nie chodzi o samą śmierć (wszyscy boimy się jej jednakowo), ale sposób załatwiania pogrzebów. Wspomnienia o zmarłych w tym biednym kraju przypominają karnawał.
Właściwie śmierć jest rozrywką, a zapominanie o niej siłą napędową dwudniowego święta. Paradoksalnie, bo przedmiotem obchodów jest ona sama. Biedny kraj świętuje swój koniec w najbardziej jaskrawym świetle.
Mówią o tym najpełniej fotografie Henri Cartier – Bressona. Mistrz chwytania życia na gorącym uczynku musiał doznać osłupiającego uczucia w Meksyku. Dostał tam największą, najpełniejszą dawkę zatrzymanej śmierci. Śmierci uwięzionej, przytrzymanej, a potem wystawionej na widok publiczny: w pełnym słońcu, w świetle dnia. Jak zwierzę złapane przez myśliwych, śmierć jest obnoszona triumfalnie po ulicach miast i wsi. Zajmuje miejsce hostii. Noszona na kiju, sprzedawana na każdym rogu, usadowiona na grobach, które w ciągu dwóch dni są tylko kupą kamieni. Uwolnione dusze (jak tanie szmaty w lumpeksach), dokazują w mieście. W ciągu dwóch dni można im wszystko. Zemsta za doznane krzywdy staje się zwyczajem, skryte mordy tradycją. Kryminały szukają tak mocnych momentów. Decydujących dla tempa ich narracji.
Bresson doczekał się dwudniowego spektaklu na ulicy. Niełatwo było oszukać mistrza fotografii; to, co zobaczył pod pozorem tradycji zapisał na błonie fotograficznej: makijaż biedy, prostytutki tańsze od chleba, dzieci, które dopiero po śmierci dostaną słodycze. Jego kadry odsłaniają prawdziwe oblicze Meksyku; właściwie sól tej ziemi jest niezmienna do dziś, tylko foldery turystyczne próbują coś przed nami ukryć.
To musiało się tak skończyć: wielka bieda i upokorzenie potrzebują przepychu, kiczu. Śmierć musi przyjść z rozmachem, bo życie nie miało dla nikogo znaczenia. Czaszka, symbol dobrego początku i wiecznego odrodzenia, nikogo nie przerazi. Straszne jest samo życie i ponad 360 dni poza świętem zmarłych w roku, które trzeba jakoś przeżyć.
Dwie kategorie towarzyszą lękowi przed śmiercią: wiara w nierozerwalność rodziny i poczucie humoru, które przewija się przede wszystkim w rymowankach, wypowiadanych nad grobami. Krótkie wierszyki, w których można zmieścić dosłownie wszystko (złość, nienawiść do świata, polityków i zmarłego), są najlepszym zaworem bezpieczeństwa. Społeczeństwo, którym odbiera się przedmioty musi wierzyć w metafizykę. To dlatego Carlos Fuentes mógł napisać z pełną wiarą o swoim państwie: „wierzący są tu nawet ateiści”.
Bresson zobaczył coś jeszcze: w pozornie zwyczajnych portretach codzienności udało mu się zapisać szczególny związek życia Meksyku ze śmiercią. Koniec i początek nie stanowią tu wyraźnej opozycji, jak w Europie, ale linię równoległą, która może się przeciąć, spleść i rozpłynąć. Śmierć jak w litanii pierwszej żałoby, jest przedłużeniem życia. Meksykanie są biedni i opuszczeni, dlatego pozostają niezmąconymi fatalistami. W ich odczuciu nie pozostaje nic innego jak śmiać się z wyroków losu.
Kim jest Meksykanin? Według Octavio Paza „wychodzi on śmierci naprzeciw, pieści ją i z niej szydzi, śpi z nią i ją świętuje; jest ona jedną z jego ulubionych zabawek i największą z jego miłości”. Patrząc z perspektywy europejskiej, stanowi uosobienie najlepszego, najbardziej pożądanego bohatera kryminału: stracony, a jednak żywy. To o nim literatura meksykańska pisze: najgłębszą hańbą jest rajarse – przyznać się do strachu.
Nieustraszeni bohaterowie meksykańskiej kultury wychodzą śmierci naprzeciw. To dlatego w książkach śmierć nie może stanowić momentu kulminacyjnego: jeśli mnie mają zabić, niech mnie zabiją od razu – to ulubione motto większości z nich.
Gdzie umieścić akcję horroru czy kryminału skoro cmentarze stały się najbardziej rozrywkową częścią miasta? Śmierć doczekała się tu przerysowanej estetyzacji. Jest piękna, wszechobecna jak reklama i równie jak ona kiczowata. Masowa wyobraźnia nie musi niczego wymyślać; na cmentarzach goszczą umarli, dla których jedzenie i picie, które lubili przed śmiercią, stanowi najważniejszą rozrywkę. To oni ustalają menu i rozdają role.
A kultura? Idzie swoją drogą. Najczęściej melodramatem, w którym wielkie i podniosłe uczucia mieszają się z normami moralnymi rodem z telenoweli. Nadzieja w oczyszczającą moc słowa rodzi nową estetykę; to dlatego nawet najgorsi bandyci zanim kogoś zabiją, wypowiadają piękne przepraszające zdania. Octavio Paz: „ W dni świąteczne w zapadłych dziurach i w miastach ludzie modlą się, krzyczą, objadają i upijają, a nawet zabijają w imię Matki Boskiej z Guadalupe czy generała Zaragozy”.
sobota, 19 czerwca 2010, seriazestrachem
|
seriazestrachem@gmail.com |