|
Blog > Komentarze do wpisu
Dzienniki cyfrowych dziewczynOtwierają epokę Internetu i zamykają drzwi do starego świata
Gdzie realna przemoc mówi dobranoc, a wirtualne gwałty dzień dobry. Jedną z nich jest Natacha Merritt, bóstwo pierwszych chwil sieci i ostatnia artystka, która przypadkiem wydała zdjęcia ze swoimi aktami w prestiżowym wydawnictwie specjalizującym się w wysmakowanych klasykach. Przypadek? Skądże, zwiastun nadciągających zmian.
Specjaliści w renomowanym wydawnictwie wielkich i ciężkich albumów o sztuce nie powinni się mylić, a jednak publikację o Natachy Merritt większość krytyków na świecie skrytykowało. Nie dlatego, że nie było czego w albumie oglądać, wręcz przeciwnie, chodziło o pewien nadmiar. Rozebrane ciało atrakcyjnej młodej dziewczyny zdominowało cały przekaz, zasłoniło kadr, przedostało się z sieci do książki, zaczęło być postrzegane jak drogocenny, erotyczny przedmiot, budziło – jak wcześniej wśród internautów – pożądanie. Krytycy i wysmakowani w klasyce kolekcjonerzy albumów stanęli przed nagim faktem: te zdjęcia okazały się mocne, były wyraziste i mimo swej surowości (były to jedne z pierwszych zdjęć wykonanych techniką cyfrową) atrakcyjne. Zwykłe, a jednak niezwykle skadrowane ciało zwykłej, a jednak upozowanej na niezwykłą dziewczynę, modelki budziło skrywane do tej pory uczucia w czytelniku: był podniecony, mile zaskoczony, zażenowany, rozbudzony i zaproszony do sypialni kogoś, kto odkrywa jego intymne pragnienia. Zaskoczenie krytyków zmieniło się w wielką popularność wśród internautów, którzy po kilku latach okazali się być nie zwykłymi zjadaczami chleba, ale zachłannymi nabywcami fotografii cyfrowych Natachy Merritt. Dzięki swojej stronie i ich hojnym gestom Natacha rozbiera się do aparatu kiedy chce, a nie kiedy musi. Co ważne: to ona wybiera odpowiedni moment, pozę, garderobę i fetysze. Dziennik tej cyfrowej dziewczyny roi się od obsesyjnych wpisów na temat seksu, pożądania, pragnienia i dzikich żądz. W świecie Merritt rozkosz sięga dna, a partnerzy lub własne odbicie w lustrze służą jej do rozładowania napięcia seksualnego. Pozostaje pytanie: kto kim i w jaki sposób tak naprawdę bawi się podczas sesji, a potem publikacji tych zdjęć?
Cienka granica między światem rzeczywistym a wirtualnym na początku ery Internetu na świecie wymagała trudnej sztuki. Użytkownik musiał na własną rękę dokonywać rozróżnienia na to, co prawdziwe i fałszywe. Nie obywało się bez fatalnych pomyłek. Jedną z nich fundowała swoim fanom Natacha. Jej wirtualny pamiętnik imitował klasyczny blog, na którym młode dziewczyny opowiadały o swoim życiu seksualnym. Kilka zdjęć, którymi Merritt rozpoczęła swoją odyseję oczarowały i zbulwersowały jednocześnie. Cyfrowe zdjęcia bardzo szybko stały się głośne i obiegły świat włączonych komputerów. Merritt stała się ulubioną artystką starszych panów, klasycznych podglądaczy, dojrzewających dziewczyn i chłopców, kolekcjonerów erotyki, wysmakowanych erotomanów, lesbijek i miłośników cyfrowych zdjęć. Przeciętni pstrykacze uwierzyli, że wystarczy kupić cyfrowy aparat, żeby stać się artystą, a wykształceni na kliszy rzemieślnicy pokpiwali z „fotografii genitalnej”.
Dziewczyna ze skąpo oświetlonego roomu dopięła swego. Jej zdjęcia trafiły nie tylko do albumu prestiżowego wydawnictwa Tachen, ale doczekały się również klasycznych wystaw. Merritt była wystawiana w renomowanych galeriach obok tradycyjnych aktów, walczących feministek i mistrzów fotografii lat 90. ubiegłego stulecia.
Dziś piękna Natacha milczy. Powiedziała kilka zdań na temat przekraczania granic i nauczyła niektórych nowej narracji w sieci. Zaznaczyła też, a może przede wszystkim, że istnieje nowy model przekazywania informacji w Internecie i że ten model bywa złożony jedynie z nagiego ciała. Jego erotyczne gesty wypracowały alfabet wizualny reklam, produkcji filmowych, kryminałów i sesji z udziałem wielkich modelek i gwiazd porno. Ciało Merritt nie powiedziało niczego nowego, ale odważyło się to powiedzieć. Co więcej, powiedziało to na głos.
Kobiece ciało poddane pożądaniu i przemocy odgrywa główną rolę w powieści kryminalnej Jana Seghersa „Panna młoda w śniegu”. Ciało nie kobieta, ciało nie bohaterka, bo właśnie ciało jest w tej książce bite, wiązane, gwałcone, pożądane, zabite, a wreszcie śledzone i poszukiwane. Tajemnica morderstw jest również odmierzana krokiem ciała goniącego i ciała, za którym ktoś goni. Gdyby się dobrze zastanowić, a nawet policzyć, w książce Seghersa to właśnie ciało i pożądanie jest wymieniane najczęściej. Występuje ramię w ramię z przemocą, na tle policji i fotografii kolekcjonera fetyszy. Wątek erotycznych czatów jest w niej zaznaczony grubą kreską.
Natacha Merritt rozpoczęła zadziwiającą krucjatę dziewczęcych i kobiecych pamiętników w sieci, w których to nie ciało opowiada o swojej historii, ale podglądacz. Ten, kto patrzy sprawuje kontrolę i kieruje akcją. Po Natachy pojawiły się kolejne kobiety, które eksperymentowały z narracją i własnym ciałem. Zamierzony dyskurs na początku lat 90. ubiegłego stulecia osiąga dziś apogeum. Po kolejnych wpisach Natachy Merritt pojawiły się nowe, już nie jej autorstwa. Miały one jeden cel: przesunąć granice narracji i fikcji o jeden krok dalej.
Nie jeden krok, ale o krok za daleko posunęły się mieszkanki Gorzowa Wielkopolskiego i okolic. Za sprawą ich fałszywych zeznań policja ścigała seryjnego gwałciciela o ksywie Brzytwiarz, który w rzeczywistości nie istniał. „Brzytwiarza” nie było – powiedział komendant Aleksander Ławreszczuk. Ścigaliśmy mityczny byt. Poniżej rozmowa z nim.
Seryjny gwałciciel nie istniał. Odsłonięcie tej prawdy stanowiło jedno z najpoważniejszych wyzwań w mojej 20-letniej karierze oficera śledczego - mówi gorzowski policjant.
ROBERT ZIELIŃSKI: Ale to nie media powołały do życia „Brzytwiarza”. 25 stycznia policja z Zielonej Góry rozesłała komunikat o poszukiwaniach niezwykle brutalnego sprawcy trzech gwałtów. ALEKSANDER ŁAWRESZUK*: To był błąd. Lokalne media, a w ślad za nimi krajowe, podchwyciły temat. Ta nieprzemyślana informacja uruchomiła lawinę zdarzeń, wywołała kryzys. Wkrótce z Zielonej Góry najważniejsze stacje nadawały na żywo i można było odnieść wrażenie, że polska stolica zbrodni przeniosła się tutaj. Od początku podejrzewaliście, że część z 12 zdarzeń została zmyślona? To nie było takie proste. W tych gorących dniach każdy atak na kobietę, nawet wątpliwy do zakwalifikowania jako przestępstwo, który wydarzył się w południowej części woj. lubuskiego, był przez media przypisywany mitycznemu gwałcicielowi. W trakcie analizy poszczególnych przypadków niektóre od razu odrzucaliśmy jako mogące być dziełem jednego sprawcy. Skupiliśmy się na tych rzeczywiście godnych uwagi. Było ich o połowę mniej. Wyjaśnienie niektórych jako fikcyjnych zajęło kilka godzin, innych kilka tygodni. Na jednego sprawcę wskazywała również analiza prokuratury, a także badających sprawę ekspertów. Kiedy nabraliście podejrzeń, że kobiety zmyślają? To nie było jedno zdarzenie, raczej ciąg podejrzanych elementów. Od początku zastanawiał brak skuteczności naszych działań. A były one zakrojone na szeroką skalę – w szczytowych momentach brało w nich udział 200 policjantów. Byliśmy też zalewani sygnałami od społeczeństwa. Mimo to byliśmy w sytuacji Kubusia Puchatka, który im bardziej zaglądał do środka, tym bardziej nie znajdował Prosiaczka. Czyli nie było momentu przełomowego? Punktu zwrotnego wprost z sensacyjnych filmów? Nasze podejrzenia skonkretyzowały się po zgłoszeniach z Krosna Odrzańskiego i Leśniowa. Gwałt jest sprawą bardzo wstydliwą. Jako policjanci często mamy problem z nakłonieniem ofiar do składania zeznań. Tu było wprost przeciwnie. Kobiety bez skrępowania nam opowiadały, później brylowały w mediach. Blisko współpracował pan z psychologami. Jak oceniają zachowania kobiet? Za każdym z tych fikcyjnych gwałtów kryje się jakiś osobisty dramat. Według psychologów to swoiste wołanie o pomoc. W przypadku, nad którym teraz pracujemy, gwałt miał rzeczywiście miejsce. Tyle że jego sprawcą nie był mityczny „Brzytwiarz”, a mężczyzna znany ofierze.
poniedziałek, 19 kwietnia 2010, seriazestrachem
|
seriazestrachem@gmail.com |